
Notki prasowe
Relacja Magdy Herbowskiej | Relacja Magdy Herbowskiej |
|
|
|
Relacja Magdy Herbowskiej z wejścia na Mont Blanc w 2003 roku.
I tak po półrocznym planowaniu, gromadzeniu ekipy, no już blisko sześcioosobowej! oraz zbieraniu unijnych cudownych euro, wsiadam wreszcie sama w piątkowy słoneczny poranek do mojego wiernego autka i obieram kierunek wyprawy do alpinistycznego raju, jakim jest dolina Chamonix u podnóży mojego celu Mont Blanc! Jeszcze ostatni rzut oka na mapę i zapada decyzja: jadę przez Innsbruck, później Liechtenstein i cudną widokowo Szwajcarię. Trasa przez Italię mogłaby zapewnić równie ciekawe widoki, ale perspektywa ilości straconych euro na tamtejszych autostradach zdecydowanie kieruje mój jeszcze zdrowy rozsądek na autostrady północnych sąsiadów. I tak kilkakrotnie zakropiwszy się wysokoenergetyczną bombą biologiczną w postaci Red Bull, docieram do celu w samo południe dnia następnego. Pierwsze wrażenia są zdecydowanie pozytywne: mała , słodka, górska mieścina, gdzie z tamtejszych Kru pówek na dzień dobry podziwiać można najwyższego pika Europy!. Nie chowa się on za żadnymi górami czy lasami, lecz jak na dłoni jawi się majestatycznie, przynosząc ślinę na usta wszystkim zapaleńcom spragnionym mocnych wrażeń. Kolejne wrażenie nie jest już tak powalające, kiedy to okazuje się, że tamtejsi tubylcy wcale nie mówią po polsku . I tak przypomniawszy sobie na poczekaniu kilka jakże ważnych słówek tamtejszej mowy , wyciągam od jednego młodego Chamonix’czyka informacje o tajemniczym adresie mojej kwaterki. Na miejscu brak mojego przewodnika, więc komitet powitalny zastępuje jak na razie koperta z instrukcjami i kodem dostępu umożliwiającym zdobycie tej twierdzy będącej bardzo sympatycznym pięcio-szarotkowym schroniskiem dla przewodników. Miejsce to nosi wdzięczną nazwę „La Tapia”. Ukryte niedaleko centrum egzystuje w swoistej harmonii z polami, łąkami i alpejskimi krowami, ale za to z imponującym widokiem na ośnieżone szczyty, przysłaniające nam niezły kawałek nieba. I już pierwszego wieczoru po stuknięciu pierwszego „strzemiennego” z Lejczakiem, następnie poprawieniu na druga nogę zakończonemu wyliczanką wszelkich kończyn, udaliśmy się na pokoje. Ranek zastał mnie pięknie przytępioną. Początki gotującej się we mnie adrenaliny uniemożliwiły słodki sen, a do tego wtargnięcie w środku nocy innego zakopiańskiego przewodnika wybiły mnie całkowicie z resztek marzeń o spaniu. Pierwsze wspólne francuskie śniadanko: dżemik, miodzik i rogalik, a nie żadne tam chłopskie, alpinistyczne, góralskie jadło. Jędrek po uszy najedzony, ja zaś po uszy napalona, ruszyliśmy na pierwszy dzień zaprawy czerwono-krwinkowej pod hasłem: „mocy przybywaj!”. W tym celu wyruszamy na wędrówkę po lodowcu Mere de Glace, na który dostajemy się imponującą, jedyną taką na świecie, bo tylko dwupodporową, kolejką wznoszącą się na wysokość 3800 mnpm. I tu już nie jednemu może uderzyć do głowy. Nam póki co słońce uderza do oczu i wszelkich możliwych otworów: nosowych, usznych itp., co stanowi realia wrześniowej aury. Francuzi postarali się cholernie. Przez cały pobyt słońce było gwarantowane aż do obrzydzenia. Ci jak coś obiecają to dotrzymują słowa. Słońce na takiej wysokości może być jednak zabójcze, także kremy z mocną trzydziechą stoją codziennie rano obok szczoteczek do zębów. Spacer w pełnym umundurowaniu (raki, liny, czekany i i i...) po krainie wiecznych śniegów stanowi jedynie przedsmak tego, co ma nastąpić już dnia następnego. Ale za nim póki co czeka mnie kolejna nieprzespana nocka , gdyż poziom adrenaliny zbliżał się nieuchronnie do czerwonego pola, a w połączeniu z winem o tajemniczej zawartości procentów spożytych przez naszą trójkę w kantynie pensjonatu, dał efekt tragiczny. Tak znieczulona następnego ranka jadę z Lejczakiem nareszcie w kierunku boskiego wzgórza. Najpierw czeka nas przejażdżka kolejką linową, którą wyżej zamieniamy na iście górską tramwajkę. Ta następnie zatrzymuje się nagle na wysokości 2400 mnpm, co stanowi dość niecodzienny obrazek, gdyż tory tramwajki nagle się urywają, na horyzoncie zero przystanku, i do tego wysiadka na stromym gruncie. Stamtąd już jedynie można liczyć tylko na siłę własnych kończyn. Cel namber łan dnia pierwszego to schronisko Gouter na wysokości 3800 mnpm. Jest to mało ciekawa i żmudna droga, prowadząca aż pod słynny kuluar Gouter, wznoszący się na tysiąc metrów. Właśnie tu Mont Blanc zaczyna pokazywać pazury i trasa robi się coraz bardziej niebezpieczna i tym samym interesująca. Tu zakładamy też uprzęże , raki, kaski, zrzucając przy tym trochę garderoby, gdyż pogoda znów wzięła sprawy w swe łapska i zaczyna przygrzewać nam ostro w tyłki. Zaczynam wreszcie czuć , że idę na naprawdę dużą górę. Jędrek z przodu, ja tuż za nim na krótkiej lince powtarzam każdy jego krok. Od czasu do czasu kleimy się do ściany, przepuszczając zespoły wracające z góry, a czasem to my kogoś wyprzedzimy w drodze na szczyt. Myślę, że to jeden z ciekawszych odcinków drogi, który mimo , że jest ciężki i męczący, to fajny bo urozmaicony poprzez drobne elementy wspinaczki. Wreszcie o 14 godzinie pojawiamy się jako jedni z pierwszych w „hotelu” Gouter. Zanim jednak trafimy na pokoje trzeba odprawić kilka rytuałów: poszukać sobie paputków w szafie (my jeszcze możemy sobie pogrymasić w przeciwieństwie do tych , którzy dotrą tu przed zmrokiem...) i trzeba też mądrze i w dobrym miejscu zostawić sprzęt, ale tym już zajmuje się główny strateg Jędruś. Wreszcie przekraczamy próg „restauracji” czyli sali stanowiącej epicentrum owego czegoś, będącego schroniskiem. Czekając na spagetti, pałaszujemy zapasy z mojej „mikołajowej paczki” przygotowanej przez mamusie. Jako pierwsze idą więc pod ząb kabanosy hmmm... Wreszcie upragniony obiad i jeszcze bardziej wymarzone piwo. Teraz dopiero można udać się na zwiedzanie tego jakże jedynego w swoim rodzaju obiektu. Z rezerwacji wynika , że mamy dwa pokoje, brzmi dobrze! Ale w rzeczywistości sprawa ma się o wiele „lepiej”, bo Jędrek wygrał noc w pokoju przewodników, a mi dostała się miejscówka w pokoju dla żółtodziobów. Wykorzystując moment, że jeszcze nie dotarli, wale w kimono na godzinkę, bo później to już bez szans. Ale to nie koniec atrakcji, ponieważ do zwiedzenia pozostał jeszcze kibelek!. Tu nie wnikam lepiej w detale, choć nie omieszkam przypomnieć o zabraniu do niego czołówki w celu przyświecenia, chociaż zdecydowanie lepiej nie używać tam światła... Natomiast do przyjemniejszych atrakcji należy wspólna kolacja, którą mieliśmy okazję spożywać podziwiając niepowtarzalny zachód słońca. To istna romantika! i do pełni szczęścia brakuje tylko Romea!. Mniej romantyczny był natomiast kawał gotowanego boczku z ziemniakami, jaki nam podano na kolacje, lecz na takiej wysokości to nawet taka bomba kaloryczna potrafi chwycić za serce. Jeszcze tylko trochę piwa, opowieści dziwnej treści... i o 20 godzinie schronisko usypia. Ale nie na długo! Godzina 3 rano kogut pieje! Wszyscy jak w wojsku wstają na komendę i uderzają od razu do „restauracji” na śniadanie. Ku mojemu zdziwieniu są i tacy, którzy nie są już w stanie zjeść śniadania, gdyż żegnają się jeszcze z kolacją tuż obok toalet... My natomiast wrzucając na ruszt francuskie bagietki, dżemik i miód, dopinamy ostatnie paski naszych uprzęży i plecaków. I tak w pełnej gotowości o godzinie 3:35 przy świetle naszych czołówek wyruszamy na podbój Mont Blanc! Droga na pozór łatwa, niekiedy przyprawia o gęsią skórkę, a do tego ta nieprzenikniona ciemność, która dodatkowo potęguje strach. W duchu zastanawiam się już, jak mam tu niby zejść z powrotem?. Jak na razie jednak skupiam się nad każdym krokiem, żeby nie potknąć się gdzieś i nie musieć sprawdzać umiejętności ratowniczych Jędrka. I tak, krok po kroku, pniemy się coraz to wyżej. Niebo rozświetla tysiące gwiazd, a księżyc oświetla nam drogę, którą widzi jedynie jasnowidz, Lejczak. Tymczasem ja oglądam się co jakiś czas za siebie, gdzie hen daleko w dole widać jedynie migotające światełka, należące do poszczególnych zespołów. W nocy, wśród zarysów Alp i srebrzystej poświacie księżyca wyglądają jak świetliki, co daje rewelacyjny efekt. Póki co idziemy „bez celu”, gdyż zasłaniają go nam dwa ogromne garby, które trzeba jakoś przejść. Po drodze dokładamy do pieca warstwę Gore-Tex’u, ponieważ zaczyna prężnie wiać . Droga ciągnie się bez końca, a mi nagle zbiera się na spanie! W sumie to zrozumiałe, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że jest godzina szósta nad ranem, i znajdujemy się na niecodziennej wysokości 4600 mnpm, a mój Red Bull znajduje się całe 1000 metrów niżej, to właściwie czemu by nie pospać? Na szczęście Jędrek uświadamia mnie, że to jedynie wysokość mnie wreszcie kopnęła i nic innego nie pozostaje, jak iść dalej. „No to idziemy Panie Kierowniku!” 100 metrów wyżej, tuż jak ukazuje nam się ostatnia grań prowadząca na sam szczyt, spanie przechodzi mi, jak ręką odjął. I oto roku pańskiego 2003 o godzinie 6:55 stoję z Prezesem na DACHU EUROPY! Nie rozczarowałam się! Budzące się do życia w świetle wschodzącego słońca morze gór , którego końca nie sposób się dopatrzyć, daje doping na całe życie. Tych wrażeń nie da się opisać. Dla takich chwil naprawdę warto żyć!
Dziękuję Andrzejowi Lejczakowi za spokój, opanowanie, jednym słowem profesjonalizm w pełni. Polecam Go wszystkim pasjonatom gór!
|
| « wstecz |
|---|